Krótka historia o spadaniu liści

maple leaf, fall, leave


Tymczasem w górze

A jakby to wszystko rzucić i polecieć w Bieszczady? Gdyby tak zadecydować, że nie będzie się decydować i postawi się żagiel z prądem rzeki. Może te południowe górki to nie taki znów dziki pomysł. Jesienią jest ta słynna woodstockowa impreza, na której podziwiają twoje barwy i stroje. Tak bym sobie samoocenę podniosła, że przestałabym pić vibowit na jesienną chandre o!  

Koleżanki już dawno w trasie, prawie nikogo obok, na tym polanowym podwórku. Przecież nie można tak cały czas, mówię do siebie! Ale mało się siebie słucham. Stryjek powiedział, abym mówiła wtedy, kiedy czuję, że chce mówić. Żebym dała upust emocjom choćby poprzez takie małe narracje. W tym pędzącym świecie to już podobno norma. Zestawy słuchawkowe są takie mikroskopijne, że na pierwszy rzut oka ciężko rozróżnić, czy to paranoik nawija do siebie czy ktoś interesy przez telefon wyczynia.

Echh, kiedyś chyba wszystko było prostsze. Budził Cię słoneczny poranek, brałaś łyk świeżej wody i sruu ku przygodzie. Każdy chciał coś porobić na świeżym powietrzu, pobujać w obłokach, potańczyć na wietrze. Kiedy to się stało, że szczyt marzeń to przyjemna, ciepła wiewiórcza dziupla albo praca w korporacyjnej ściółce. Od zawsze miałam z tym problem. Wolałam nasłuchiwać ptasich opowieści niż zielenić się na słońcu. Mój wilczy charakter ukształtowały tacy jak aktorzy jak „John Klon” czy „James Dąb” – agent 007. Oni życiowe przeszkody pokonywali dobrym pościgiem czy szybki strzałem z liścia. A jaki ja mam talent co?  Nawet na liścioznawstwo się nie dostałam! Rozumiecie to, jak można nie znać historii swoich przodków, ani nawet nazw pór roku. W ogóle po co te wszystkie szablonowe nazwy i definicje. A jeśli ktoś sam chcę interpretować świat tak jak czuję? Hmm …no to teraz mam! Wiszę jak ten ostatni Mohikanin i zastanawiam czy to już, czy nie już. Czy lecieć na południe czy spadać na szczaw. Jakbym tak zagadała z Ewą sroką przy kawce to może ugrałabym tańszy bilet w góry. Hmm co by tu zrobić, co by tu zrobić…

Tymczasem na dole

Trampki? – są. Czapka? –  jest. Empetrójkąt ? – naładowany i pełen muzy, słuchawki też na uszach. Dobra, to teraz mentalnie obrać trasę i w drogę. Bieganie o poranku to coś co przynosi mi reset z całego tygodnia. Szkoda, że ludzie tak rzadko biegają po lesie, to takie zdrowe. Z drugiej strony może to i lepiej. Co innego rzucić „dzień dobry” leśnemu dziadkowi, a jeszcze inaczej kiedy co krzak mijasz grzybiarzy czy rodzinę z fafikiem. Mój plan to wbiec na polanę, to znaczy wspiąć się na nią. Jednak kilkaset metrów wysokości ma ten wejherowski szczyt. No to sruu.

Jeszcze tylko trochę, kilka kroków, kilka szybkich oddechów i jestem. Aaaa! Polana! Gademed (jest taki wyraz, a przynajmniej w moim amerykańsko-polskim fonetycznym słowniku), jak tu pięknie! Ta mroźna cisza i spokój. W oddali jakieś koziołki pasą się wśród ostatniej zroszonej trawy. Po prawej stronie wydeptana ścieżka spacerowiczów, tych nielicznych, którzy tu docierają. W takich chwilach czas zwalnia, ślimaczy się wokoło. Powietrze zaczyna pachnieć wolnością. Ale taką prawdziwą, wiecie, jak w dzieciństwie kiedy mogłeś po raz pierwszy przejść na drugą stronę ulicy samemu. Zmysły mi się wyostrzają. Słyszę ostatniego dzięcioła, który wpadł postukać przyszłe „em cztery”. Czuję nawet smak jabłka, które obserwuje. Rośnie sobie odkąd je dojrzałem w czerwcowy poranek. Z tego wszystkiego najbardziej mnie cieszy wzroczna wyobraźnia. Mmm…zaczęło się! Do lotu wzbił się ostatni liść z poczciwego buka. Zawsze mnie to ciekawi, gdzie znikają liście, gdzie spadają liście i czy w ogóle spadają. Może zwyczajnie tańczą przed nami. Ucząc się od ptaków, dryfują z wiatrem. Aby znaleźć swoją nową, tym razem lądową misje. To już mój szósty raz kiedy wbiegam na tę górkę, a ten jeden liść nadal wisi, nadal się trzyma. Ostatni z ostatnich. Ciekawe czy wie, że tu jestem. Jakie to piękne, że ludzie personifikują wszystko co polubią. Jest im wtedy bliższe. Wiem, nazwę ją Te ao! Ładnie, tak trochę nie z tego świata. Hmm….o!!! ….puściła się gałęzi! Zaczęło się! Jej pierwszy i zarazem ostatni lot. Hmm..  Czy mi się wydaje czy wybrała sobie mnie za cel?! Jakby leciała się ze mną przywitać! Ale śmiesznie! Ile człowiek sobie umie nawymyślać hmm….że niby to liść leci wprost w moje łapy, akurat!

Tymczasem w powietrzu

Aaaa, jakie to jest piękneeeee, spadaaaam. Może nawet lecę! Nie wiem, może przyśpieszam i zwalniam jednocześnie! Gademed (tak! Znam języki) było warto się puścić! Mogłam w sumie postanowić co dalej, no ale po co? Aaaa…Wszystko się jakoś musi wyklarować podczas lotu. Musi przecież! Aaaaa…..Jest tak jak opowiadał stryjek Wiatr – najpierw strach, potem euforia i milion obrazów na raz! Nawet śpiewać mi się chcę, taka trochę jednoliterowa ta nuta, ale znana chyba każdemu Aaaaa….

Ale ale, co widzę? Ktoś właśnie wbiegł na polanę. Widziałam go parę razy, zawsze ciekawie patrzył w górę. Na początku tego nie rozumiałam jak można patrzeć z zamkniętymi oczami. I niby skąd wiedziałam, że patrzy w górę. Że patrzy na mnie? Teraz to trochę mało ważne bo to mój ostatni lot, do tego pierwszy! Już się więcej nie zobaczymy nieznajomy przyjacielu, zaraz zniknę w strumieniach wiatru. Pozostanie mi marzenie, że to dla mnie wbiegałeś na polanę tyle razy, że to o mnie myślałeś oddychając głęboko. Mmm…jak przyjemnie by było wpaść w Twoje dłonie. Czy takie rzeczy w ogóle się przytrafiają naprawdę czy tylko w książkach?

Tymczasem na dłoni

(Jego dłoń): Jesteś!

(Liść): Złapałeś mnie!

(Jego dłoń): Czy można sobie wymyślić lepsze zakończenie?

(Liść): Można sobie nie wymyślać zakończenia! – uśmiechnęli się do siebie odczami.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. Szczegółu

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close